Wielka Triada – Historia

::ARKA GDYNIA

 

Arka Gdynia - zgodowe flagi z Cracovią

Cracovia -Arka Gdynia (flagi)

 

Początek ruchu kibicowskiego w Gdyni, to okres, w którym podobne grupy powstawały w innych miastach, czyli pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. Tak, więc ówcześni drugoligowcy stanowili jedną z pierwszych ekip fanatyków. Dotychczas za największy wyjazd w historii gdyńskich hools uznawany jest mecz finałowy pucharu Polski, który się odbył 1 maja 1979 roku w Lublinie na stadionie Motoru.

Po latach sami gdynianie twierdzą, że wówczas było ich 6 – 8 tysięcy, jednak patrząc z boku i dystansu zdawało się ich być około 4 tysięcy. Ale i tak był to najazd na niemających wówczas w ogóle styczności z piłkarskimi kibicami mieszkańców Lublina. Gdy Arka w 1982 roku spadła z 1 ligi, zaczeła się pałętać po 2-3 ligowych boiskach górka, miejsce dla najbardziej fanatycznych arkowców zaczęło pustoszeć. We wrześniu 1992 roku stało się jednak coś, co zaszokowało nawet najstarszych i najzagorzalszych arkowców. W meczu derbowym z gdańską Lechią, na stadionie przy ul. Traugutta we Wrzeszczu zameldowało się około 2,5 tysiąca szalikowców Arki. Co prawda wynik 3:0 dla Lechii mógł podłamać przyjezdnych, ale żółto-niebiescy bawili się jakby wygrywali co najmniej z Barceloną. Nie zważając na rezultat śpiewali, skakali. Wyglądali na znacznie lepiej zorganizowanych niż gospodarze. Gdańszczan podratował wynik, oraz to, że było ich jeszcze więcej niż arkowców.

Od tej chwili, a były to pierwsze od dziesięciu lat derby, spotkania obu tych ekip stały się nieodzownym elementem spotkań drugoligowej, wybrzeżowej piłki. Od tego momentu Arka już na stałe zaczęła funkcjonować w kibicowskiej wyobraźni jako klub mocny.

Latem 93 zaraz po spadku z pierwszej ligi Śląsk melduje się w Gdyni. Wrocławianie wraz z Lechitą prowadzeni na stadion Arki. Jacyś zabłąkani arkowcy niespodziewanie dla przybyszów, ale i dla siebie nadziewają się na ostatki tej grupy pod kasami. Drobna bieganina. Zdezorientowani policjanci, którzy zostali jeszcze na zewnątrz, nie wiedzą, o co chodzi. Arkowcy – jak nakazuje rozsądek – zrywają się. Jest ich o wiele za mało. Ot drobna szarpanina, która z uwagi na dużą dysproporcję sił nie mogła być wyrównana. Na meczu mala zadyma, szybko zakończona. Po meczu 500 osób wraca na dworzec tą samą drogą. Ostatnich i mocno pijanych pozbyła szalików mała grupka Arki, która wyrwała się z otoczonej przez policje górki.

Wiosną rewanż. Arka zrobiła specjalną akcję polegającą na plakatowaniu miasta, rozrzucaniu ulotek o treści: „Jedź na mecz do Wrocławia. Przyjdź z kolegą”. Pierwsze donosy o ilości arkowców brzmią jak zwiastun inwazji. W sumie arkowców pojawiło się we Wrocławiu na meczu około 350. Zaczyna się jesień 94. Arka po trzech kolejkach znajduje się bardzo wysoko w tabeli I ligi i znów zajeżdża na Oporowską. Tym razem gości jest jakieś 7-8 dyszek. W pewnym momencie kilkunastu gdynian staje plecami do boiska, opuszcza spodnie wypinając jednocześnie w kierunku sektora gospodarzy gołe dupska. Bliżej domu Arka w tamtym czasie wyglądała znacznie bardziej okazale. W Toruniu (jesienią 93 roku) żółto-niebiescy nabroili tak, że do pacyfikacji potrzebne były specjalne oddziały grup antyterrorystycznych.

Podczas sezonu 94/95 obili przed kasami Bałtyku wspólną grupę kibiców Wisły i Lechici. Do roku 95 Arka to druga liga piłkarska. Choć w lidze chuliganów na pewno ekstraklasa. Wtedy jeszcze dalsza pozycja. Największe mobilizacje gdynianie przeżywali podczas spotkań derbowych z Lechią.

To symboliczna walka o prymat w Trójmieście. Bodaj najwięcej nabroiła Arka we Wronkach. Zajechało tam kilku dziesięciu arkowców i najpierw pogonili kiboli Lecha (młodzieżowców) i Amiki (na meczach u siebie tacy istnieją, choć jeszcze młodsi od młodzieżowców Lecha), a następnie po przegonieniu przeciwników, zwarli się z porządkowymi. Porządkowi nie stanowili problemu dla żółto-niebieskich, także miejscowa policja musiała drzeć zelówki przed arkowcami. Następnie do akcji weszli wezwani na okoliczność zamieszek strażacy z Wronek. Ci zlali kibiców wodą. Wówczas akowcy się wkurzyli doszczętnie i połamali wszystkie ławki. W lutym 95 kibice Arki zorganizowali turniej, w którym uczestniczyli tylko fanatycy klubów piłkarskich z całej Polski. Choć było wiele obaw o spokój, udało się przeprowadzić całą imprezę w spokoju. Razem bawili się kibice takich klubów jak: Lech, Legia, Lechia, Śląsk czy Pogoń.

Na tym turnieju doszło do porozumienia, w sprawie rozejmu na mecze reprezentacji. Dopiero na samym końcu imprezy nastąpiła przepychanka z psami, którzy nie mieli wstepu do hali, ale cały czas czatowali w okolicy. Zdemolowana nyska i paru zatrzymanych kolesi, oto jej finał. Lali się wszyscy obecni na zakończeniu imprezy. Legia, Lechia, Arka, Śląsk, Lech i kto tam jeszcze był. Później nadeszła piłkarska wiosna i mecz Arka – Śląsk. Jak zwykle W Gdyni zameldowało się więcej Lechii niż wrocławian. Arka zaprezentowała się dość okazale.

W przerwie meczu zerwali przyjezdnym flagę Z płotu. Gdyby nie błyskawiczna reakcja kilkunastu kolesi, flaga by sobie pobiegła. Walka na murawie nie trwała długo, psy pozgarniały kogo się dało. Na meczach reprezantacji Cracovia nie przestrzega rozejmu na kadre, Legia przebogatego Pogonią chcą ich poobijać, jednak Arka pomaga ziomką spod Wawelu. Rozejm praktycznie już nie istnieje. Z przebogatego w akcenty chuligańskie sezonu były dla Arki trzy wydarzenia. Po pierwsze trzecioligowe derby z Lechią. Co prawda Lechia to w tym okresie głównie ekstraklasa (po fuzji z Olimpią), ale na ten mecz do Gdyni wyprawiło się jakieś 200-250 osób W znakomitej większości młodzieżowców, ze starej ekipy towarzystwo mogło się liczyć na palcach. Gospodarze obrzucali się z przyjezdnymi kamieniami na stadionie, a następnie obtłukiwali się z policją Poradzili sobie z nimi dopiero antyterrorysci, przeganiając przez Górkę do tego stopnia, ze towarzystwo zrywało się do lasu za płotem.

Po meczach Lechu w pierwszej lidze arkowcy urządzają sobie polowania na zabłąkanych kibiców biało-zielonych. Jeżdżą samochodem (samochodami?) po Gdańsku i obijają zauważonych fanów Lechii. Podobny numer arkowcy zmajstrowali w Warszawie podczas meczu Legia – Śląsk. Na kwadrans przed zakończeniem tego spotkania podjechały pod stadion na Łazienkowskiej dwa (?) auta, z których wypadło paru gdynian i obiło stojących pod płotem legionistow Nie zaczepiali młodzieżowców, lecz atakowali największych. Taka przynajmniej była warszawska wersja wydarzeń. Wilczek z Gdyni twierdzi, że do Warszawy pojechało około 15 osób, które wcześniej zahaczyły o mecz Motor – Cracovia . Arkowcy chodzili pod stadionem a nawet po obiekcie, w okolicy żylety w grupach 5 – 8 osobowych i lali kogo się dało, wybierając największych i najstarszych.

Ostatnim akordem roku dla żółto-niebieskich była wyjazdowa sesja kibiców gdyńskich podczas meczu Lech – Legia w Poznaniu. Zajechało ich kilkudziesięciu i usilnie dążyli do zwarcia z warszawiakami. W chwili, legionistów było na sektorze tylko około dwudziestki, o mały włos się udało. Gdyby nie policja, mogło się wiele wydarzyć. Czy chcieli zrobić okazji zgodę z poznaniakami? Trudno ocenić, W każdym bądź razie są przez mieszkańców grodu Przemysława tolerowani, choć do zawarcia przyjaźni nie doszło. Choć piłkarze Arki Gdynia to w końcówce roku 95 futbolowa prowincja, nawet zastanawiano się nad likwidacją klubu, to kibice tej drużyny stanowią ekstraklasę Ligi Chuliganów.

 

::CRACOVIA


kibice - Cracovia barwy

 

Na początku o działalności hoolsów „Pasów” wiadomo było niewiele, poza tym, że są bardzo dobrzy. Cracusy były przytłumione przez rosnącą powoli w siłę Wisłę.

Nagle, na początku lat dziewięćdziesiątych na trybunach Cracovii coś się zaczęło dziać. Zaczęło się od dosyć głośnego dymu, jaki wydarzył się na zakończenie wakacji 1990. Cracovia zameldowała się na meczu z Wisłoką w Dębicy.

Początkiem dość głośnych wydarzeń były wyzwiska miejscowych pod adresem gości. Ponieważ dotychczas fani obu klubów żyli w dość poprawnych stosunkach, więc siedzieli tuż obok siebie. Przyjezdni postanowili sytuację wyjaśnić, więc kilka osób pofatygowało się w kierunku sektora gospodarzy. Delegacja została przyjęta pięściami. Reszta kibiców gości nie zostawiła swych ziomków i Cracusy ruszyli na Wisłokę.

Początkowo walka toczyła się tylko z miejscowymi kibolami i na trybunach. Później bitwa przeniosła się na drugą stronę płotu. Gospodarze tylko ze względu na sporą przewagę ilościową nie zostali wygonieniu ze stadionu. Następnie do zabawy przyłączyli się porządkowi. Cracovia musiała się zmierzyć z gośćmi postury zapaśników, którymi najprawdopodobniej byli jeszcze w niedalekiej przeszłości. Towarzystwo lało się już na trybunach i momentami na murawie. Sędzia działając w myśl regulaminu przerwał dwukrotnie spotkanie.

Za tym drugim razem – definitywnie. A bójki trwały nadal. Ostateczne policjanci rozbili gości na małe grupki i kilku Cracusów zatrzymali. Mecz ten odbił się podwójnym echem. Po pierwsze działacze klubu z ul. Kałuży odcięli się na łamach prasy od swoich sympatyków. Twierdzili, że nie mają i nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. Artykuły z oświadczeniem o takim właśnie przesłaniu ukazały się w prasie już trzy dni po zamieszkach. Tytuły też były wymowne. „Cracovia odcina się od swych kibiców” „Przegląd Sportowy”.

Po drugie Cracovię cały piłkarski makroregion po traktował jako persona non grata. Większość trzecioligowych klubów obawiając się, że nie poradzi sobie z przybyłymi z Krakowa hools, zaczęła pisać skargi do tamtejszego OZPN, by nie uwzględniał nałożonego na Wisłokę walkowera. W myśl przepisów to organizator jest zobligowiązany zabezpieczyć zawody w ten sposób, by nie zostały one przerwane. Z drugiej strony, to kibice gości, czyli Cracovii, hasali z policjantami i porządkowymi po murawie. Nikt nie pytał o przyczyny zajścia, fani z Dębicy byli we wszelkich rozważaniach nieistotni. Ostatecznie, po dość długich i ostrych dyskusjach postanowiono mecz powtórzyć.

Dość zabawnie brzmi relacja z meczu Czuwaj Przemyśl – Cracovia rozegranego w październiku 1993 roku: „Zajechaliśmy w 50 osób. Weszliśmy w 50 minucie meczu, a wyszliśmy w 56 w otoczeniu sześćdziesięciu gliniarzy. Przez te 6 minut goniliśmy całe wystraszone tamtejsze bractwo po stadionie.” Dla Polski pierwszym znakiem, że Cracovia to nie ułomki, był mecz Holandia – Polska, rozegrany rok przed spotkaniem w Przemyślu. Choć bieganina w Dębicy znana była z prasowych przekazów znacznie wcześniej, to jednak nikt z krajowych hools nie traktował wiadomości z trzecioligowej rzeczywistości zbyt poważnie. Wtedy to, na holenderskim gruncie, kilkudziesięcioosobowa grupa fanatyków biało-czerwonych postanowiła wyrównać rachunki z kibicami Wisły, których mają, na co dzień we własnym mieście.

Dysproporcja sił była znaczna, gdyż kibiców Białej Gwiazdy” przyjechało do Rotterdamu zaledwie kilku. Za wiślakami postawili się kibice gdańskiej Lechii i wrocławskiego Śląska, choć ani jedni, ani drudzy nie byli zbyt przychylnie nastawieni do wiślaków. Zakończyło się bijatyką na trybunach i gonitwą tuż po meczu. Kolejny wyjazd na spotkanie reprezentacji, do San Marino, mógł zaowocować całkiem sporym dymem. Nie wiadomo dlaczego mieszkańcy Krakowa postanowili wykorzystywać wyjazdowe spotkania kadry narodowej do regulowanie swoich rachunków.

Wiślacy zajechali 100-osobową, bardzo konkretną ekipą z niezłym wyposażeniem chuligańskim. Natomiast autokar Cracovii po zadymie na granicy, nie został przez nią przepuszczony. Mecz z Anglią w Chorzowie. Krakowianie przyjechali dość wcześnie, o 14.00. Mecz zaczynał się o 20.00. To ustalili już wcześniej, dlatego podążali na spotkanie w zorganizowanej grupie. Prawdopodobnie chcieli uniknąć wspólnej jazdy z Wisłą.

Wysiedli wcześniej, w Mysłowicach. Spodziewali się większej koncentracji grup hools z Polski w okolicach katowickiego dworca. Nie chcieli być także „przejęci” przez policję. Po drodze zadymili w jakiejś knajpie, gdzie coś tam skubnęli, co oczywiście nie spodobało się właścicielowi. Gdy natknęli się na autobus z Krosna, rozpracowali w nim parę szyb. Później przemieścili się w kierunku Ronda. Tam miał miejsce dym z kilkoma policjantami. Jeden z mundurowych dostał po głowie, innemu udało się dogadać z rozrabiającymi i ci spokojnie wsiedli do tramwaju. Część do pierwszego wagonu, część do drugiego. W pierwszym działy się cyrki, więc ci z drugiego dopiero na kolejnym przystanku mogli zmienić wozy, by po pierwsze zorientować się w sytuacji, a po wtóre dołożyć opornym, którzy musieli jechać z motorniczym.

Tym razem krakowianie natarli ostrzej. W przenośni i dosłownie. Choć ich przeciwnicy nie dali sobie w kaszę dmuchać, to jednak Cracovii było dużo więcej. Ktoś wyciągnął nóż. Już po fakcie, wszyscy zgodnie twierdzili, że scyzor miał w ręku bliżej nieokreślony małolat. Po zadymie krakowianie wybiegli z tramwaju. Po meczu wracali do swojego miasta w jednym pociągu z Wisłą, przedzieleni wagonem pełnym policji. Po tym zdarzeniu fani Cracovii, spodziewając się policyjnej akcji wymierzonej w nich, spotkali się w kilkadziesiąt osób ustalając zeznania. Co prawda sami do tego się nie chcieli przyznać, jednak kilku puściło farbę już na komendzie. Mundurowi, nie mając punktu zaczepienia, strzelali na oślep, Przesłuchując wszystkich, którzy kiedykolwiek skojarzyli się prowadzącym śledztwo z Cracovią.

Początkowo nie wykluczono wersji, że winni mogą się rekrutować spośród wiślaków, ale taką możliwość szybko odrzucono. Ostatecznie trzech z pasiaków wylądowało na ławie oskarżonych. Właściwie według zeznań to na ławie oskarżonych mógł zasiąść którykolwiek inny kibic „Pasów”. Nie wiadomo, dlaczego właśnie tych trzech zostało oskarżonych, Ci, którzy siedzą, są ofiarami swojej popularności w środowisku. To, że byli przywódcami grupy, spowodowało, że odpowiedzialność za to, co się wydarzyło spadła właśnie na nich – słowa adwokata o tyle odzwierciedlały rzeczywistość, że wiadomo było, iż pchnął kosą jeden, niekoniecznie któryś z oskarżonych, a siedziało trzech. Pukająca do bram drugiej ligi Cracovia na znaczących boiskach zaistnieć nie bardzo mogła. Pozostawały spotkania reprezentacji i wyjazdy gościnne. Jednym z takich sposobów na pokazanie się były derby Łodzi.

Dołujący ostatnio ŁKS w maju 94 roku grał na swoim stadionie z Widzewem. Stosunek ŁKS-u do Cracovii w tamtym okresie z daleka zdawał się być określany jednoznacznie: zapatrzenie na lepszego. Do Łodzi zawitał autokar fanów Cracovii. Wspólna akcja łodzian i „Pasów” to atak na idących tłumem z policyjną obstawą fanów Widzewa. Wcześniej łódzko-krakowska grupa pogoniła ekipę 40-50 widzewiaków. Łodzianie (ci z ŁKS-u) twierdzą, że była to najlepsza ekipa lokalnego rywala. Jesienią tego samego roku hokeiści Cracovii podejmowali sosnowieckiego Orlika. Co prawda hali krakowskiej od dłuższego czasu nikt z fanów drużyn przyjezdnych nie odwiedzał (poza Tysoyią, z którą Cracusy mają zgodę), jednak wystawili fanatycy „Pasów” 45 osobową ekipę penetrującą w okolicach dworca. Przyjezdnych było 60-80.

Gospodarze co prawda mieli zaatakować w ostatniej chwili, gdy nie spodziewający się ataku sosnowiczanie dojdą do czekających na rozwój wypadków i swą zdobycz gospodarzy. Jednak miejscowi nie wytrzymali nerwowo i rzucili się do ataku, gdy przeciwnicy byli oddaleni o jakieś 50 metrów. Zagłębie rzuciło się do ucieczki, jednak spora część z przyjezdnych nie wykazała talentu w nogach i załapała się na oklep. W czasie meczu, już na hali, w jednym momencie, na hasło Cracovia rzuciła kilkudziesięcioma kamieniami w kierunku sosnowiczan.

W rewanżu 64 hools z Krakowa pojawiło się na meczu w Sosnowcu. Zorganizowaną grupą porozganiali mniejsze ekipy gospodarzy, do większych zadym nie doszło, choć zainteresowanie służb mundurowych przy jezdnymi objawiło się dopiero w okolicach hali.

Na kolejne spotkanie, które odbyło się w grodzie Kraka, fani miejscowych przygotowali się starannie. W okolicach dworca czatowało 100 hools. Nie przewidzieli jednego, że tym razem sosnowiczanie pojawią się autobusami. Przedstawmy relację Bieżana, jednego z chuliganów krakowskich: Gdy tuż przed 17 (mecz zaczynał się właśnie o tej godzinie) przy jechał ostatni pociąg i okazało się, że jest pusty, część z nas się rozeszła do swoich Spraw. Przed halą spotkała nas niespodzianka. Małolaci przy szli z nowinami. Okazało się, że Zagłębie przyjechało około 17.00 trzema autokarami.

Najpierw zaatakowali ze sprzętem stojących przed kasą, a później, już na hali także pogonili grupę małolatów od nas. Kilku obecnych wówczas mendziarzy zostało zdeptanych. Gówniarze od nas też uciekli. Kilku starszych z tej 40-osobowej grupy się postawiło. Niektórzy stracili barwy, a jeden dostał kosą w nogę. Reakcja na tę wiadomość mogła być tylko jedna – szybki bieg w kierunku hali. W międzyczasie pojawiły się posiłki policji, więc przywitał nas kordon mętów z psami.

Nie chcieli nas wpuścic, gdyz nie posadzili jeszcze Zagłębia na sektorze dla gości. Przypuściliśmy szturm, potem drugi, poleciały kamienie i brechy, ale nie udało się przedrzeć. Daliśmy spokój, zwłaszcza, że dojeżdżały kolejne suki. Weszliśmy na drugą tercję. W Krakowie na sektor gości przy obstawie policji nie ma szans się dostać. (…) Po meczu chcieliśmy wyjść wcześniej z hali, ale zwąchała to policja. Od polowy trzeciej tercji brama była zamknięta. Wypuszczono nas w kilkanaście minut po wyjściu Zagłębia. Ruszyliśmy w 5 aut, jeden maluch zgubił się po drodze. Reszta dotarła do samego Sosnowca, gdyż wcześniej nie udało się dogonić autokarów. Udało się złapać kilka osób na dworcu kolejowym. Jeden z samochodów udał się za gościem, który robił wrażenie przywódcy Zagłębia.

Dostał wpierdol, zadziwiała jego wytrzymałość. Oprócz skrojonego szalika Cracovii stracił fleyersa i znaczone karty do gry. Następny dosyć głośny dym mieli fanatycy Cracovii na meczu Polska – Słowacja. Wówczas przeciwnikiem byli policjanci. Wywiązała się zadyma w sektorze zajmowanym przez wspólną grupę kibiców Zagłębia Lubin, Arki Gdynia i Poloni Bytom. Jednak fani z grodu Kraka przyszli na mecz już w czasie jego trwania, co przez złośliwych było skomentowane jako „lekkie zabezpieczenie się”. Na wcześniejszym meczu reprezentacji, z Francją w Zabrzu jesienią 94 roku odbywała się walka z jednej strony Cracovii, ŁKS-u i Nobilesu, „drugiej Wisły, Lechii i Śląska, gdy do całej zabawy włączyli się policjanci przeganiający głównie tych pierwszych. Z przeciwnej strony tę pierwszą koalicję atakował Widzew, który na tym spotkaniu wystawił 45 osobową ekipę.

Podczas meczu Polska Słowacja na tyłach zabrzańskiego stadionu odbyła się konferencja z udziałem kibiców Lecha, Legii, Arki, ŁKS-u, Śląska i Cracovii. Cracovię reprezentował Metal. Chodziło o możliwość przyłączenia się do układu na mecze reprezentacji narodowej oraz o ewentualne dogadanie miejsca i czasu, w którym Cracovia mogłaby stanąć do walki z fanami szczecińskiej Pogoni. Metal jednoznacznie stwierdził, że żadne takie układy go nie interesują. Po tym spotkaniu kibice Pasów” zaatakowali na dworcu w Zabrzu Śląsk. Gdyby nie postawa najlepszej tego dnia ekipy fanów poznańskiego Lecha, krakowianie obiliby wrocławian. Po awansie do drugiej ligi Cracovia na swój pierwszy mecz jechała do Białegostoku.

Wyruszali w dwa autokary. Tego samego dnia, ale początek miał miejsce o znacznie wcześniejszej godzinie, w Warszawie na obiekcie Hutnika odbywał się mecz barażowy. Stawką był awans do grona drugoligowców, gdyż FC Piaseczno wycofało się z rozgrywek. Jeziorak Iława grał z Radomiakiem. Pod będący po drodze stadion zajechały dwa autokary Cracovii, która postanowiła wpaść na obiekt i obić przebywających tam fanów. Zadyma miała miejsce przy płocie. Relacje z dwóch różnych stron są różne. Warszawianie twierdzą, że z dwóch stron płotu próbowały się zaatakować dwie watahy. Legionistów i krakusów dzieliło ogrodzenie i kordon policjantów. Później przyjezdni podymili na pobliskim targu. Autobusy zostały prze chwycone przez mundurowych dopiero na rogatkach miasta.bAktualnie (wiosna 96) w Krakowie odbywa się permanentna wojna fanatyków dwóch klubów z tego miasta. Lokalna prasa codzienna wciąż donosi o kolejnych zdarzeniach, pobiciach, drobnych i mniej drobnych zadymach. 3 lutego odbył się dym z Wisłą w knajpie opanowanej przez Cracovię.

W kolejną sobotę, 10 lutego miała się w tym samym miejscu znów odbyć walka. Do niej jednak nie doszło, gdyż fani „Pasów” wyjechali do Gdyni na rozmowy z fanatykami Arki i Lecha. Podczas tego spotkania ustalono, że Cracovia będzie miała z Lechem układ. W „Krucjacie łysogłowych” Ewy Wilk o kibicach biało-czerwonych wypowiada się szef wydziału prewencji KWP Andrzej Czop: „Umieją się bić, walczą w szyku. Atakują ostro, szybko, zdecydowanie. Nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi atak. Wystarczy iskra. Mają przywódców. To są domorosłe talenty, idealni organizatorzy partyzantki miejskiej. Zdarza się, że zatrzymujemy któregoś, proponujemy kawę, herbatę, a on: tylko wodę. Bo teina-kofeina szkodzi.”

 

::LECH POZNAŃ

 

Kibice - Lech Poznań

 

Na początku lat 90, gdyby ktoś wspomniał, że hoolsi spod herbu Lecha będą liczyć się w Lidze Chuliganów, usłyszał by tylko śmiech. Lecz podczas turnieju piłkarskiego w Gdyni – legionista Rouen stwierdził, że co prawda w Poznaniu rządzą małolaci, ale stanowią oni rewelację sezonu. Nic dziwnego, że słowa te wypowiedział zagorzały fanatyk stołecznej drużyny.

Legia miała dość poważną przeprawę z Lechem w Poznaniu. Straciła rozbity w walce samochód. Poznaniacy tydzień wcześniej pomogli fanom ze stolicy w czasie zadymy z policją w Radomiu. Pół roku przedtem młodzi warszawiacy mieli kłopoty z lechitami pod własnym stadionem.

Kolejorze podjechali autokarem i rozpoczęli zadymy pod kasami. Poznaniacy poczuli się jak w domu, jednak dalszej zadymie zapobiegło po jawienie się policji. Wszystko to dzięki dwóm zagorzałym faną Lecha Darkowi i Radkowi, którzy zimą 94/95 postanowili skończyć czasy bezhołowia na trybunach Kolejorza. To byli młodzi chłopacy świadomi celu i dążący cło niego sprawdzonymi drogami, oraz szukający nowych rozwiązań. Tym celem było stworzenie na Bułgarskiej normalnej, czyli trzymającej się reguł publiczności. Na początku sezonu przypadło rozegrać Lechowi na stadionie ŁKS-u w Łodzi. Przybyło ich 80. Przybyła też delegacja z Widzewa, która jakby wspominała coś o zgodzie. Następnego dnia łodzianie dokańczali poznańsko-łódzki dwumecz, i zameldowali się w stolicy Wielkopolski na stadionie Warty.

Tym razem do kilkusetosobowej grupy gości próbowali podejść kibice Lecha. W kolejnym tygodniu doszło do spotkania Lecha z Śląskiem w pociągu. Lech wracał z Zabrza, a Śląsk z Wodzisławia. Spotkanie, dość nieoczekiwane, nastąpiło w Gliwicach. Początkowo obie ekipy nawet nie wiedziały, że znajdują się w jednym składzie. Siły, przy najmniej ilościowo. Kolejarz zmiótł wtedy przeciwników. W tym czasie bojówki Lecha wiele działały, zdobywając sobie renomę w całej Polsce.

Jednak swoją pozycje udowodnili kilkanaście kolejek później. Do Poznania zawitała Legia. Przyjezdnych było nieco ponad 100. Wśród gości siedziało paru Szczecinian, którzy przed meczem zostali wyczajeni przez Lech i przywitani”. Na dobrą sprawę legioniści mogli tylko oglądać to, co się wokół nich działo. By się do nich dorwać, lechici montowali całkiem zgrabne zamieszanie. W przerwie meczu, w okolicach sektora zajmowanego przez gości zaczął się ruch, a właściwie zbiórka chętnych do obicia warszawiaków.

Pały najpierw próbowali rosnący tłum przemieścić grzecznie. Gdy im się to nie powiodło wypróbowano zrobić to pałkami, co troszkę rozjuszyło obijanych hools. Zaczęła się bijatyka. Miejscowi jakoś ustępowali pola niebieskim, jednak, gdy udało się zdobyć przedmioty mogące spełnić rolę pocisków, role się odwróciły. Butelki okazały się tak skuteczne.

Legia w tym czasie biła brawa poznaniakom. Kilka dni później Lech sprawił lanie Pogoni po meczy Olimpia – Pogoń w pociągu. Wiosna 1995 roku na Bułgarskiej rozpoczęła się równie atrakcyjnie. Podczas inauguracji w Łodzi z ŁKS`em Lech pobawił się z psami. Czterech policjantów pobito do nieprzytomności, jednemu zabrano pistolet. Cały patrol stracił radiostację, pałki, kajdanki i kaski. Później funkcjonariusze, (ale już nie ci sami) zaprowadzali porządek za pomocą broni palnej. Czternastu chłopaków zatrzymano, więc kibice postanowili zwrócić broń. Następnego dnia podłożyli ją w umówione miejsce i o 19.45 za dzwonili na komisariat z informacją o tym fakcie. Broń się znalazła, również hools znaleźli się na wolności.

Tydzień później Lech wybierał się do Szczecina. W Poznaniu na mieście pojawiły się napisy informujące o konieczności wyprawienia się na ten pojedynek. Pojechało około 750 fanatyków. Na taką inwazję miejscowi nie byli przygotowani. Jednak zrobili gościom głupi numer, smarując towotem ławki i płoty w sektorze przeznaczonym dla nich. W końcówce odbyła się mała zadymka na przed sektorem Lecha, kiedy to Śledzie chcieli świętować uratowanie remisu w końcówce meczu.

Sami szczecinianie twierdzili po spotkaniu, że ilość Lechitów ich zaskoczyła, a na sektorze prezentowali się bardzo fajnie. Potem Lech po meczu z Widzewem wiechał do knajpki gdzie przebywało wielu Widzewiaków. Tydzień później nastąpiło najgłośniejsze wydarzenie Ligi Chuliganów 1995. Do Poznania na ponownie zawitała warszawska Legia.

Walki toczyły się przed, w trakcie i po meczu. Lech zaatakowal autokary Legii przyjeżdżające na mecz, gdy to się nie powiodło, postanowili poklepać się z policją. Kibice wykazywali determinację, a niebiescy nie. Wśród funkcjonariuszy można było wyczuć panikę, wobec czego dowodzący akcją postanowił rozkazać strzelać w powietrze.

Być może tumult był tak duży lub chęć dobrania się do Legii tak wielka, że nikt specjalnie strzałami się nie przejął. Dym na trybunach tymczasem rozpoczęła… Arka. Choć formalnie Lech z Arką zgody (przynajmniej w tamtej chwili) nie miał, to jednak gdynianie już wówczas byli w Poznaniu tolerowani, a nawet dość sympatycznie przyjmowani. Do grupy około 30 legionistów, którzy na stadionie pojawili się wcześniej niż główne siły, postanowiła się dostać mniej więcej równa liczebnie grupa przybyszów z Trójmiasta.

Policjantów okłamali, twierdząc, że są fanatykami zaprzyjaźnionymi z Legią bardzo serdecznie i nie wyobrażają sobie innej możliwości oglądania tegoż spotkania, jak właśnie wśród sympatyków warszawskich. Gdy kordon mundurowych został już bezproblemowo ominięty, gdynianie natychmiast zaatakowali. Wśród czerwono-biało-zielonych znalazło się kilku wzywających… policję. Mundurowi, zupełnie zdezorientowani, przez moment nie mieli pojęcia, co się dzieje, a gdy ogarnęli sytuację, oddzielili Legię od Arki.

Kolejne zdarzenia, to już tylko walki hools spod znaku Lecha z chuliganami w mundurach. Psy wprowadziły do akcji armatkę wodną, co po polaniu osób postronnych zwiększało ilość uczestniczących w walkach. Choćby dlatego, że panowała temperatura, w której kąpieli zażywają wyłącznie najodważniejsi spośród morsów.

A więc oprócz motywacji (za co mnie polali?), doszła chęć rozgrzania się niewinnie zmoczonych. Jakiś radiowóz wylądował na dachu. Po meczu nastąpiła wspólna wyprawa kibiców Lecha i Arki na trasę warszawską, by grupą około sześćdziesięciu chuliganów zaatakować przejeżdżające warszawskie autokary. Znaleziono nad wyraz dobre miejsce w którym remontowany był jeden pas drogi, co zmuszało kierowców do zmniejszenia szybkości. Nagle zjawiła się policja. Po „krótkiej wymianie zdań” Lech z Arką musieli się zmywać z blokady. Kibice Lecha stawiali się też na meczach kadry narodowej m.in. w Zabrzu ze Słowacją, z Rumunią w Bukareszcie oraz z Francją w Paryżu, gdzie Poznaniaków było najwięcej. Lechici jeździli także na halowe turnieje, m.in. do Zielonej Góry i Gorzowa Wlkp.

Od tamtych czasów do dzisiaj hoolsi spod znaku „Koziołków” uważani są za jednych, jak nie najlepszych kiboli w Polsce. W jednym z artykułów Wprost zostali uznani za najlepszych w Lidze Chuliganów.